Zapraszamy do przeczytania i obejrzenia absolutnie wyjątkowego reportażu z podróży Flagi Pomocy na najwyższy szczyt Ameryki Północnej - Denali (poprzednia nazwa Mt. Mc.Kinley), w czerwcu 2019 roku. Opis podróży i zdjęcia wykonane są przez naszą Bohaterkę Lucynę Kołodziejską:

 

"Trema przed tym wyjazdem była ogromna. Tym razem wiedziało o nim dużo osób, dużo osób tez wiązało nadzieje z moim sukcesem, a  tym samym z szansą większej zbiórki na hospicyjny asystor kaszlu.

To wszystko sprawiło, że bardzo bardzo bałam się rozczarowania jeżeli się nie uda, a jednocześnie byłam zdeterminowana, jak nigdy dotąd chyba.

 

 

Denali, 6190 m, najwyższa góra Ameryki Północnej, podobno jedna z najzimniejszych na ziemi. Mówi się też, że dużo trudniejsza do zdobycia, niż sam Mount Everest.

Ten wyjazd należał też do najdłuższych jak dotychczas. Wylot 31 maja, planowany powrót 28 czerwca, długo, nie wiedziałam jak to będzie.

Jednakże ekscytacja była ogromna, trochę strach, ale wiadomo też, że czekał mnie krok ku nowemu wyzwaniu.

 

 

Wraz ze mną na szczyt wspinało się jeszcze 8 innych osób. 3 przewodników oraz w sumie 6 „klientów”. Dość szybko moja współtowarzyszka namiotu rozchorowała się niestety, podejrzenie wody w płucach spowodowane wysokością. W związku z tym do końca wyjazdu zmieniałam współlokatorów namiotu w zależności od sytuacji. Bardzo bardzo zimno: dwóch kolegów w namiocie, trochę zimno: jeden kolega... cóż trzeba sobie radzić.

 

Od początku, już samo dostanie się na lodowiec, na wysokość 2200 metrów gdzie zaczyna się mozolna wspinaczka, to niesamowite przeżycie. Lecieliśmy dwoma niewielkimi samolotami wraz z całym bagażem.

 

Lot nad parkiem Denali, nad wielkimi obszarami pokrytymi dziewiczym, nietkniętym jakimkolwiek żywym organizmem śniegiem to było niesamowite przeżycie. Szczeliny w lodowcu wielkości dużego samochodu, niesamowicie turkusowo-zielony kolor wody małych „kałuż” na stopionych partiach lodowca. Te widoki zapowiadały wspaniały miesiąc.

Nie rozczarowałam się. Pogoda bardzo nam dopisała. Było tylko kilka dni burzy śnieżnej, zachmurzenia lub tez silnych opadów śniegu. W zasadzie niewiele wiatru. Myślę, że miało to ogromny wpływ na fakt, że udało mi się wejść na szczyt.

 

Warto wspomnieć, że Denali to góra, na którą musimy wejść naprawdę bez wsparcia innych. Nie ma jaków, Szerpów, osiołków, Potersów etc., jak na wielu innych szczytach. Codziennie plecak z własnym ekwipunkiem, sanie z jego kolejną częścią oraz oczywiście wspólnym sprzętem stały się moimi towarzyszami bólu i podróży.

Sanie zostawiliśmy dopiero na ostatnich, najwyższych partiach góry, w niższym obozie. Tam ściany były już za strome, a teren zbyt niebezpieczny, aby ciągnąć je wciąż za sobą. Wspólny sprzęt to butle gazowe, jedzenie, kuchenki, namioty, łopaty, namioty kuchenne i pewnie jeszcze trochę innych rzeczy, o których teraz nie pamiętam.

Przez pierwszych kilka dni wznosiliśmy się powoli z 2200 na 3400 mnpm. i była to droga po ogromnych połaciach białej bitej śmietany, bez śladu człowieka, z palącym, momentami, słońcem.

Od tego momentu zaczęło się robić ciekawie, intrygujące nazwy typu „Motorcycle Hill” czy „Windy Corner” czekały na nas w kolejnych dniach. Rakiety śnieżne zamieniliśmy na raki, zostawiliśmy zakopaną w dziurze w śniegu sporą cześć ekwipunku, która w wyższych obozach nie byłaby nam i tak potrzebna (lekkie ubrania, brudna część odzieży, zużyte pojemniki po paliwie i część jedzenia potrzebna na zejściu). Rozpoczęła się tym samym trudniejsza technicznie, bardziej eksponowana (granie) i tez najzimniejsza część wycieczki. Na Denali o tej porze roku jest dzień polarny oznacza to ze nawet o 2 w nocy jest kompletnie jasno, jednakże słońce jest wtedy niewidoczne. Jego brak powoduje naprawdę przenikliwy chłód, a w połączeniu z wiatrem w wyższych partiach góry, temperatura potrafi dać się we znaki.

Szczęśliwie za dnia zazwyczaj pojawiało się słoneczko. W obozie na wysokości 4200 m musieliśmy jednak spędzić kilka dni więcej, niż zakładaliśmy w planach. Burze śnieżne nie pozwoliły podejść wyżej. Warto było poczekać, tym bardziej, że wciąż był zapas czasu, ale też dlatego, że podejście z 4200 na 5200 wymagało naprawdę sporo wysiłku. Liny poręczowe, duże nachylenie stoku, dźwiganie wszystkiego na plecach, no przyznam, że nie było mi lekko tego dnia.

Gdy udało nam się przenieść do tzw high camp na wysokości 5200, stąd czekało nas już tylko jedno pchniecie, by znaleźć się na szczycie. Oczywiście nie było tak łatwo, pierwsza próba wejścia na szczyt zakończyła się wycofaniem na wysokości 5600 metrów.

Atak zaczęliśmy późnym rankiem. Wtedy robi się cieplej, ponieważ słońce zaczyna nas ogrzewać. Jednakże w miejscu nazywanym Autobahn grupa idąca przed nami była tak wolna, że i my musieliśmy zwolnić, a dodatkowo na tym odcinku zbocza był cień. Zaczęłam mieć trudności z czuciem w palcach u stóp. Mówi się, że po 15 minutach braku czucia zaczynają się robic odmrożenia. Szczęśliwie grupa przed nami przyspieszyła.  Zbocze jest strome, naszpikowane szczelinami, nie ma mowy o wyprzedzaniu, zatem i moje palce u stóp poczuły się lepiej.

Z wysokością wzmagał się tego dnia wiatr, finalnie na 5600 zaczęło być naprawdę niebezpiecznie, podmuchy mogłyby na najwyższej, eksponowanej, ostatniej drodze przed szczytem uniemożliwić nam wejście wyżej. Stad trudna decyzja o wycofaniu.

Miny wszyscy mieliśmy kiepskie.

 

 

Wracając do namiotu tego dnia byłam wykończona, zmęczona jak rzadko kiedy. Jednocześnie dobrze czułam się z tym, że połowa drogi na szczyt jest mi już znana. Zawsze to coś, co może pomóc oswoić niepewność.

Wszyscy musieliśmy mieć poczucie klęski, ale mimo to  zapadła jednogłośna decyzja o podjęciu kolejnej próby jutro.

Następny dzień to wspaniała pogoda, brak wiatru i dosyć ciepłe warunki.

 

Chciałabym może powiedzieć, że osiągnęłam to nadludzkim wręcz wysiłkiem, ale skłamałabym. Było ciężko. Oczywiście wysokość dawała się we znaki, oddychanie jak w papierowej torebce na głowie nie należy do przyjemności, ale jakoś powoli, powoli, mozolnie, pod górę, dotarłam na szczyt.Szczęśliwa i spełniona. Kolejny raz przekraczając granice swoich możliwości.

 

Zespół "Poznaj świat ze SKAT" jest pod ogromnym wrażeniem osiągnięć naszej Bohaterki, serdecznie jej dziękujemy i stawiamy  również sobie jako przykład, że jesteśmy w stanie pokonać każde granice gdy postawimy sobie niezwykły cel i jesteśmy bezgranicznie zmotywowanie do jego osiągnięcia! Trzymamy kciuki za realizacje kolejnych planów i nie tylko wspinaczkowych - Pani Lucyno jesteś wielka!

 

Posłuchajcie również audycji w: